Andy i dzień, który nie poszedł zgodnie z planem… ( Ruta Nacional 7, Argentyna)

27 października zapowiadał się naprawdę bardzo dobrze. Mieliśmy konkretny plan, aby wyruszyć z Mendozy w stronę granicy z Chile i dotrzeć do pomnika Chrystusa Odkupiciela w Andach.

Wiedzieliśmy, że będzie to długi dzień w aucie, ale tym razem zupełnie nam to nie przeszkadzało. Zresztą… co ja piszę — długie  siedzenie w aucie podczas podróży, nigdy nam nie przeszkadza, ale wracając do tematu… To nie miała być zwykła jazda autostradą. Przed nami była jedna z tych tras, gdzie sama droga jest już częścią przygody.

Już na samym początku trafiliśmy na małe jeziorko z intensywnie niebieską wodą, które totalnie kontrastowało z suchy krajobrazem dookoła i to właśnie tam wydarzyła się pierwsza „atrakcja” tego dnia. 

Jechałam z otwartym oknem i nagrywałam widoki, kiedy nagle… do auta wleciała osa i oczywiście nie skończyło się tylko na tym, że wleciała, bo zdążyła mnie jeszcze użądlić… Głośny krzyk, „ała, ała”, natychmiastowe zatrzymanie auta i totalny chaos! Z perspektywy czasu na pewno wyglądało to trochę śmiesznie, ale wiadomo wtedy… mniej. 

Finalnie zatrzymaliśmy się właśnie przy tym jeziorku trochę z przymusu, a nie z planu. Zrobiłam więc przy okazji kilka szybkich zdjęć i ruszyliśmy dalej. Już wtedy wiedziałam, że wracając, koniecznie trzeba będzie tu wrócić, aby zobaczyć to miejsce na spokojnie… najlepiej gdzieś z góry.

Im dalej jechaliśmy, tym krajobraz robił się coraz ciekawszy. Suche doliny, Andy w tle, po drodze rafting, stare opuszczone tory kolejowe i jakieś dziwne konstrukcje w skałach. Wszystko zachwycało!

Z czasem krajobraz zaczął się zmieniać. Zrobił się mniej surowy, pojawiło się więcej zieleni, a w oddali zaczęły wyłaniać się ośnieżone szczyty. Im bliżej granicy z Chile, tym było jeszcze piękniej.

I wtedy nagle zobaczyliśmy korek. Gigantyczny, ciągnący się przez góry — ale na szczęście w przeciwnym kierunku. Pomyśleliśmy tylko, jak duże mamy szczęście, bo nas to nie dotyczy… do momentu, kiedy przestało być to aktualne…

W końcu dojechaliśmy do miejsca, gdzie zaczynała się mniej utwardzona droga. Google pokazywał, że wszystko jest przejezdne, więc jechaliśmy dalej. Niestety bardzo szybko okazało się, że była to tylko teoria. Na pewnym odcinku droga była w takim stanie, że nie było opcji jechać dalej. Ogromne dziury, nierówności, no zdjęcia niestety tego nie oddają.

Po chwili namysłu podjęliśmy decyzję, że zawracamy i dokładnie wtedy wjechaliśmy w ten sam korek, który chwilę wcześniej wydawał się nie naszym problemem. 

Na początku było jeszcze spokojnie. Pomyśleliśmy: „no dobra, chwilę postoimy i w końcu ruszymy”, ale ta „chwila” zaczęła się przeciągać… Minęła godzina, dwie, trzy… finalnie cztery godziny stania praktycznie w miejscu. 

Frustracja w aucie narastała i w pewnym momencie stwierdziliśmy, że spróbujemy coś z tym zrobić i zaczęliśmy jechać przeciwnym pasem, licząc na to, że jeśli już ktoś nas zatrzyma — to przynajmniej też coś wyjaśni 🙂 I tak też się stało… zostaliśmy zatrzymani przez służby! Coś tam staraliśmy się zarówno zrozumieć, jak i wytłumaczyć i całe szczęście zostaliśmy przepuszczeni dalej. Policjanci zaczęli się między sobą komunikować i dzięki temu mogliśmy powoli ruszać dalej.

W drodze powrotnej postanowiliśmy trzymać się wcześniejszego planu, oczywiście w trochę przyśpieszonym tempie, ale zależało nam, aby zobaczyć tyle, ile się jeszcze da. 

Naszym pierwszym krótkim przystankiem była Puente del Inca — naturalna formacja skalna nad rzeką Las Cuevas powstała dzięki działaniu wody, minerałów i osadów.

Kiedy jechaliśmy dalej, światło zaczęło robić swoje. Kolory gór zrobiły się jeszcze bardziej intensywne, a krajobrazy Route 7 (Ruta Nacional 7 Carretera Libertador General San Martin) wyglądały niesamowicie.

Na chwilę zjechaliśmy z drogi głównej, aby zobaczyć Puente de Picheuta — stary kamienny most, który odegrał kluczową rolę podczas argentyńskiej wojny o niepodległość.

Kiedy wróciliśmy na główną trasę, czasu było już coraz mniej. Zatrzymywaliśmy się tyle, ile się dało, ale były to raczej szybkie postoje. 

Na sam koniec udało się zrobić coś, co miałam w głowie od rana, a mianowicie znaleźć punkt widokowy na to jeziorko, które mijaliśmy na początku dnia. Widok z miejsca, które Chris wypatrzył na Google Maps, był po prostu obłędny!

Ten dzień zdecydowanie nie poszedł zgodnie z planem. Nie dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy, mimo wszystko był to jeden z tych dni, które zapamiętuje się najbardziej.

Potrerillos Reservoir -sztuczny zbiornik powstały na rzece Mendoza. Ten intensywnie turkusowy kolor nie jest przypadkowy, to efekt minerałów i osadów naniesionych przez wodę z Andów. 

Dziękuję za odwiedziny i zapraszam na kolejny wpis!

Agnieszka

TEN WPIS JEST CZĘŚCIĄ SERII POSTÓW NASZEJ PODRÓŻY PO ARGENTYNIE KTÓRĄ ODBYLIŚMY W 2023 ROKU

Laat een reactie achter

Je e-mailadres wordt niet gepubliceerd. Vereiste velden zijn gemarkeerd met *